Kazimierz Miłobędzki – Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata

15 grudnia 2008 minęła  dziewiąta rocznica nadania medalu Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata nieżyjącemu już mieszkańcowi Sokołowa, Kazimierzowi Miłobędzkiemu. Poniżej tekst napisany na podstawie mojej ostatniej z nim rozmowy.

– Początek wojny spędziłem w Warszawie, gdzie od maja 1938 r. pracowałem w Sądzie Grodzkim jako praktykant. Na początku września 1939 r. naczelnik ZHP wydał rozkaz o mobilizacji wszystkich harcerzy powyżej 16 roku życia. Mnie to również dotyczyło.

Harcerze mieli dotrzeć do Włodawy, a pan Kazimierz chciał się od nich odłączyć i wrócić do Sokołowa. Po drodze dowiedział się jednak, że jego rodzinne miasto zostało zbombardowane i postanowił iść z harcerzami, którzy udali się do Chełma Lubelskiego. – Tam kwaterowaliśmy w koszarach i pełniliśmy służbę pomocniczą – mówił pan Miłobędzki. – Po kilku dniach przyszedł goniec od dowódcy odcinka z wiadomością, że Chełm nie będzie się bronić, będzie miastem otwartym. Część zastępów harcerskich zdecydowała się wrócić do Warszawy, część poszła w kierunku Węgier i Rumunii. Podobno bili się z Ukraińcami zanim wrócili do stolicy.

Pan Kazimierz w drodze powrotnej udał się do Radzynia Podlaskiego, gdzie mieszkał jego starszy brat. 12 października pojawił się już w Sokołowie. Kiedy Niemcy wydali zarządzenie, że wszyscy mają stawić się w swoich miejscach pracy, pojechał do Warszawy. Ponieważ był jednym z najmłodszych pracowników sądu, nie został ponownie zatrudniony. Otrzymał jednak dokumenty, że pracuje w sądzie jako protokolant. – Mogłem to pokazać Niemcom i się mnie nie czepiali – wspominał. – Jeszcze przed wojną z problemów z mówieniem wyleczył mnie pewien profesor z Legionowa. Powiedział, że przez 3 lata nie mogę się denerwować. Jednak obecna sytuacja na to nie pozwalała. Spotkałem tego profesora w Warszawie i dzięki niemu mogłem zarobić na swoje utrzymanie, sprzedając mąkę i kaszę gryczaną.

W kwietniu 1941 r. pan Miłobędzki wrócił do rodzinnego miasta. Od 1 lipca pracował jako administrator rejonu w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych Nieruchomości. Do jego biura były dwa wejścia: jedno od strony getta, drugie od ul. Długiej. Żydzi, nawet właściciele domów, płacili tu czynsz. Pracowało tu też dwoje Żydów: goniec Perec Bocian i nastoletnia Gołda Hochberg.
– Poza mną było jeszcze dwóch administratorów: Zdzisław Wójciak i Jan Joachimczyk. Naszym szefem był sędzia Stafan Meder, a po jego zwolnieniu Oskar Auch – mówił. – Ponieważ miałem przepustkę do getta, mogłem swobodnie poruszać się po mieście i jeszcze prowadzić ze sobą pięciu Żydów. W getcie była straszna nędza, ludzie chorowali na tyfus plamisty i mieli wszy. Podobne getta powstały w Sterdyni i Kosowie. Była też grupa robocza we wsi Czerkwisko, którą przeniesiono do Szczeglacina, gdzie pracowała przy regulacji rzeki Kołodziejki.
Pan Kazimierz woził członkom tej grupy chleb i inne produkty spożywcze a nawet pościel i bieliznę.

Jeszcze przed likwidacją getta skontaktował się z nim lekarz Holcer, który prosił o załatwienie wyjazdu jego kuzynki do Niemiec na roboty. – Mając dobre układy w Urzędzie Pracy sprawę załatwiłem. Tak kobieta miała polską Kenkartę na nazwisko Korczak. Imienia nie pamiętam. Osoby tej nie znałem, gdyż nie była mieszkanką Sokołowa. Odwiozłem ją do Warszawy, przenocowaliśmy u mojej ciotki i następnego dnia rano odprowadziłem ją do obozu przejściowego na ul. Skaryszewską, gdzie był punkt zborny. Prawdopodobnie przeżyła. Gdyby zdradziła się, to Niemcy potrafiliby zmusić ją do podania, kto jej załatwił wyjazd. Sama nie mogła pójść do Arbeitsamtu, gdyż miała wyraźnie rysy semickie.

Getto zlikwidowano pod koniec września 1942 r. Ludzi spędzono do magazynu przy ul. Pięknej. Część wyprowadzono i rozstrzelano nad wykopanym grobem. Pozostałych zaprowadzono na dworzec kolejowy, gdzie przetransportowano ich do Treblinki. – Po kilku dniach, gdy już minął pierwszy, najgroźniejszy okres, przyszła do mnie moja pracowniczka, Gołda Hochberg oraz policjant Rubin Figowy – wspominał. – Chcieli pojechać do Szczeglacina, żeby zobaczyć co dzieje się z grupą, w której były ich rodziny. Ojciec mój zaprzągł konia do bryczki i pojechali. Parę kilometrów od Szczeglacina dojechali do miejscowości Skrzeszew. Z oddali zobaczyli kolumnę samochodów niemieckich, więc natychmiast ojciec skręcił w najbliższe podwórze i tam udawał, że rozprzęga konia, a pasażerowie schowali się. W przejeżdżającej kolumnie zobaczyli narzędzia: szpadle, łopaty, kilofy. Z tego wysnuli wniosek, że grupa robocza w Szczeglacinie została zlikwidowana.

Dzięki pomocy koleżanek z Urzędu Pracy, pan Kazimierz załatwił wysłanie Gołdy Hochberg (pod nazwiskiem Franciszki Drewicz) na roboty do Niemiec. Przebywała ona w Berlinie, pracując prawdopodobnie w fabryce amunicji w dzielnicy Niederscheneweide Berlinerstrasse 24.

Kolejną uratowaną osobą była Perla Morgensztern, która przyjaźniła się z żoną Jana Wrotnowskiego, pracownika administracji samorządowej i sekretarza gminy Korczew. Perla należała do grupy roboczej w Szczeglacinie i od czasu do czasu odwiedzała swoją koleżankę. Pewnego razu zasiedziała się i przenocowała u Wrotnowskich. To uratowało jej życie, bo następnego dnia wymordowano całą, liczącą 400 osób grupę robotników ze Szczeglacina. Perla również wyjechała do Niemiec na roboty. Ukrywała się pod nazwiskiem Genowefa Głowacka.

Po wojnie Gołda Hochberg i Perla Morgensztern wróciły do Sokołowa. Gołdą zaopiekowała się Międzynarodowa Organizacja Żydowska, która wysłała ją do Stanów Zjednoczonych. Perla zaś wyszła za mąż za rabina z Siedlec i również wyjechała do USA. Jej obecne nazwisko to Newman.
Po oswobodzeniu Sokołowa w sierpniu 1944 r. kilka rodzin żydowskich tu wróciło.
– Nigdy nie liczyłem na żadną zapłatę. Wszystko spełniłem z czysto ludzkich pobudek – mówił Kazimierz Miłobędzki.

Jego imię zostało uwiecznione na honorowej tablicy w parku Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie.

Katarzyna Markusz